Share

Agata Dąmbska, Forum Od-nowa: Zabawa w miasto

Muszę się przyznać, że do coraz głośniejszego ostatnimi czasy fenomenu nowych ruchów społecznych podchodzę z uczuciami ambiwalentnymi. Częścią tych inicjatyw są tzw. ruchy miejskie, które 8 lipca oficjalnie ogłosiły porozumienie w celu wspólnego startu w jesiennych wyborach samorządowych. Wkroczyły więc na teren polityki, co oznacza, że zmieniają się kryteria ich odbioru.

Z początku budziły moją ciekawość, a nawet radość – pojawia się oto coś świeżego, powiew młodości, realnego zaangażowania, aktywności, chęci, by brać sprawy w swoje ręce, dość umiejętnie sprzedającego się w mediach, pomysłowego, organizującego wiele inicjatyw. Wobec coraz bardziej malejącego zainteresowania Polaków sferą publiczną, zdawało się to być zwiastunem „nowego wspaniałego świata”, tworzonego pod sztandarem wsłuchiwania się w głosy mieszkańców, partycypacji i współuczestnictwa oraz dbania o estetykę miejską. Są twórcami wielu znanych społecznie i wartościowych inicjatyw w skali lokalnej, niektórych skutecznie doprowadzonych do końca.

Niestety, program Porozumienia Ruchów Miejskich (PRM) już nie napawa takim optymizmem. Choć jeszcze za wcześnie na ocenę ich działań i każdej nowości należy dać szansę, trzeba zadać sobie pytanie, czy te ruchy mogą podnieść jakość polityki miejskiej. Zaprezentowane hasła przypominają czasy PRL i stanowią swoisty koncert życzeń ludzi, którzy chyba nie w pełni rozumieją, na czym polega zawiadywanie miastem. Co więcej, w ich wizji nie widać żadnych konkretów, oprócz jednego: chęci odsunięcia od władzy dotychczasowych włodarzy.

Pisanie w manifeście powiedz „dość” chaosowi, reklamowemu śmietnikowi, parcelowaniu zieleni pod zabudowę, rosnącym kosztom życia, demontażowi i prywatyzacji usług publicznych, kryzysowi planowania, pokazowym inwestycjom, które obciążą nas na lata w żaden sposób nie wyjaśnia, JAK liderzy chcą do tego doprowadzić. W dodatku mieszają tu porządek centralny („rosnące koszty życia”) z realną domeną samorządów (inwestycje). Zaś język deklaracji PRM składa się z typowych obietnic kampanijnych – pokaż, że Ty też marzysz o pięknym i przyjaznym mieście, harmonijnie rozwijającym się w oparciu o potrzeby mieszkańców.

Najbardziej kuriozalny jest ostatni punkt programu: powiedz „tak” taniemu i wygodnemu transportowi, edukacji na poziomie, pięknej przestrzeni miejskiej, dostępnej zieleni, dalekowzrocznemu planowaniu i odwadze w rozwiązywaniu problemów. Deklaracja to płomienna, ale brakuje w niej podstawowej informacji: z jakich środków PRM zamierza sfinansować te ambitne zamierzenia, szczególnie transport i edukację. Czy ich działacze wiedzą, jak tworzy się budżety? Jakie są realne koszty funkcjonowania miast, utrzymywania szkół i sieci komunikacyjnych? Jak słabe są źródła finansowania samorządów, jak silne narzędzia kontroli państwa, jak przeregulowane prawo, jak ciężko szuka się inwestorów i jak wiele rzeczy uniemożliwia brak swobody organizatorskiej JST? Owszem, w systemie są pewne rezerwy, ale czy aktywiści myślą w kategoriach ekonomicznych?

Wygląda bowiem na to, że do rangi największych problemów polskich miast urasta brak skwerów, ławek, barów mlecznych czy wieszanie reklam na budynkach. Są w PRM osoby dobrze znające się na zagospodarowaniu domków na Jazdowie czy uspółdzielczaniu stołówek szkolnych, ale czy również na reorganizacji upadających szpitali? Mieszkańcy potrzebują sprawnego dostarczania usług przez samorząd, tymczasem ruchy miejskie zdają się być bardziej zainteresowane ścieżkami rowerowymi. Sądząc po sile, z jaką to środowisko zaangażowało się w budżety obywatelskie, których wpływ na rzeczywistość ogranicza się do drobnych projektów, można zacząć poważnie się obawiać, że to właśnie one są głównym punktem zainteresowań działaczy.

Zgoda, że rzeczy małe są również istotne. Ale MIASTO NIE JEST ZABAWKĄ, a zarządzanie nim nie polega na podchwytywaniu kolejnych modnych nowinek: konsultacji, smart-cities, budżetów obywatelskich. Miasto to ogromny, skomplikowany mechanizm o bardzo złożonej strukturze wewnętrznej, obwarowany tysiącami przepisów i reguł, zawierający w sobie setki sprzecznych ludzkich interesów, które trzeba godzić, odwołujący się do najróżniejszych wartości i działający na podstawie mocno już anachronicznej ustawy o samorządzie z 1990 roku. Przede wszystkim, więc, trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, na jakie miasto nas stać i jakimi środkami dysponujemy, by mieć realny wpływ na postulowane zmiany. Jeśli w administrowaniu wielkimi ośrodkami ledwo radzą sobie doświadczeni samorządowcy, w tym liczne grono ekonomistów, jaka jest gwarancję, że działający spontanicznie aktywiści temu zadaniu podołają?

Nie bez kozery przywołałam Aldousa Huxley'a: wiara w stworzenie miasta ogólnej szczęśliwości jest nie dość, że nierealistyczna, to jeszcze niebezpieczna. Urodziłam się na tyle dawno, że jeszcze pamiętam to, z czym młodzi działacze ruchów miejskich nie mieli okazji się zetknąć: hasła propagandowe za socjalizmu przedstawiające wizję powszechnego dobrobytu i zadowolenia. Nie chciałabym tu wchodzić w kwestie światopoglądowe, ale zwracam uwagę, że zamiast obecnego w dyskursie o mieście w krajach rozwiniętych argumentu dotyczącego efektywności czy racjonalizacji procesów, przytaczania liczb i wskaźników, PRM przekazuje swoistą utopię ideologiczną.

Tyle krytyki, czas na coś pozytywnego. Myślę, że ruchy miejskie doskonale sprawdzają się w funkcji kontrolnej i patrzeniu władzy lokalnej na ręce, mają swój duży wkład w tworzenie dobrych rozwiązań konkretnych problemów i bardzo pomagają w usprawnianiu komunikacji społecznej. Dają świadectwo troski o własną społeczność, angażują obywateli w działania. Jeśli jednak chcą być realną siłą zarządzającą miastem jako całością, wielkim organizmem, muszą pochylić się nad dziedzinami o charakterze ogólnym – ekonomią, New Public Management połączonym z good governance, socjologią. Nie powinny zasklepić się w dotychczasowych schematach myślenia, tylko pozyskać doradców, zdolnych przeprowadzić je przez meandry systemowe. Inaczej cała inicjatywa okaże się tylko nadmuchanym balonem, który w konfrontacji z trudną samorządową rzeczywistością po prostu pęknie. Na czym stracą przede wszystkim mieszkańcy.

Share

Dodatkowe informacje